Powered By Blogger

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Rozdział 35

-O co chodzi? Coś się stało?
-Max..
-Co z nim?!
-Musi mieć zrobiony przeszczep szpiku.
-Czy ja mogę się przebadać?
-Nie powinnaś...ale, z drugiej strony szpik młodych osób jest najlepszy. Proszę się zgłosić do laboratorium, piętro niżej.
-Dobrze, dziękuję.
Zrobiłam badanie i czekałam na wyniki.
-Pani Nicole Simons?
-Tak. I co ?
-Możesz oddać szpik, proszę za mną. Musisz podpisać zgodę na zabieg.
Podpisałam, bałam się tej operacji, ale robię to przecież dla niego. Zaprowadzono mnie do sali, przebrałam się i położyłam. Dali mi znieczulenie, od tamtej chwili czułam się jakby minęła wieczność.
Obudził mnie ojciec.
-Niki, Niki!
-Co jest...?
-Co ty zrobiłaś? Nawet ze mną nie porozmawiałaś...
-To dla niego...
-Nie możesz się tak poświęcać.
-Jak się kogoś kocha to się robi takie rzeczy.
-Nie wiadomo nawet czy on przeżyje operację.
-Przecież już się wybudził..
-Ponownie zapadł w śpiączkę, jego system odpornościowy jest bardzo osłabiony dlatego ten przeszczep.
-Nie ważne dlaczego ważne, że mogę pomóc.
-Teraz musimy czekać.
"Musimy czekać" dwa słowa które burzyły wszystko, nienawidziłam ich, słyszałam je gdy byłam przy mamie i słyszę je teraz kiedy ja tu jestem.. Przez to wszystko nie odbyły się zaplanowane urodziny..nie włożyłam sukienki którą wybrałyśmy razem z Ros..wszystko się spieprzyło. Dlaczego on mi to zrobił? Tylko na to pytanie chciałam znać odpowiedź. Przyszła do mnie pielęgniarka z kolacją, nie miałam siły jeść...w końcu zasnęłam. Nazajutrz obudziłam się po 7. Był przy mnie ojciec.
-Wiadomo już coś?
-Lekarze boją się przeprowadzić operację w jego stanie, ale jest ona konieczna. Bo jak do paru tygodni nie zostanie zrobiony przeszczep umrze..
-Musze iść porozmawiać z lekarzami.
-Ty teraz musisz leżeć.
-Czuje się już dobrze. Muszę tylko wstać...
Powoli wstałam i poszłam do lekarzy,
-Dzień dobry..co z Maxem..kiedy operacja?
-Właśnie idę na spotkanie, wszystkiego się dowiem.
-Dziękuję.
-Poszłam do pokoju..położyłam się i zaczęłam myśleć...zapomniałam, że Oskar dał mi prezent na urodziny. Miałam go gdzieś na dnie w torebce, zaczęłam szukać. Pudełko trochę się pogniotło.  W środku był pierścionek. Był przepiękny..jak mogłam pozwolić muz wyjechać? Musiałam do niego zadzwonić, nie odbierał..
TYMCZASEM U OSKARA
Dzisiaj jakaś ważna kolacja..cholernie nie chce mi się tam iść, mama każe..i jeszcze mam iść z ta córką Dobsonów..nie dość, że brzydka to bez mózgu..Jak można nie wiedzieć że kangury żyją w Australii... no nic idę włożyć ten garnitur..ciekawe czy Niki podobał się pierścionek..co ona teraz robi..na pewno siedzi u Maxa..chętnie bym tam był.
-Oskar, jesteś gotowy zaraz będzie tu Mariah.
-Ta, jasne..
-No hej Oski, jak tam mój misiaczek ?
-Daruj sobie co?
-Nie bądź taki, pamiętasz jeszcze jak masz zachowywać się przy stole?
-Na pewno nie tak jak ty..powiedziałem pod nosem.
-Co tam mruczysz?
-Nic! Idziemy w końcu? Chce mieć to już za sobą.
-To będzie najlepszy wieczór w twoim życiu  misiu.
-Chyba najgorszy..
Co za laska, wpieprza się do mnie i do tego wygląda jak jakaś dziwka sukienka.
Cały wieczór do dupy.
U NIKI
Nie wiem co będzie z Maxem..Nie mam już sił, chce już stąd wyjść...
-Niki, lekarz zaraz do ciebie przyjdzie.
-I co  z Maxem?
-Ma może pani kontakt z jego rodzicami?
-Y..nie nie mam.
-Musimy ich zawiadomić.
-Chwila, ale o czym?


No taki długaśny troszku, pisany w zeszycie w aucie ;] a reszta w chałupie ^^ jutro być może następny. A jak tam święta? U mnie jakoś takoś. Pzdr :*

sobota, 25 grudnia 2010

Rozdział 34

Rano obudziło mnie jakieś szturchanie. Otworzyłam oczy i okazało się, że to pielęgniarka.
-Nicole, idź do domu prześpij się
-Em.nie zostanę tu..chyba..Co z nim?
-Nie wybudził się jeszcze.
-Stan się poprawił?
-Jest stabilniejszy niż wczoraj..jak to mówią najważniejsza jest doba po operacji, to już za nami.
-Dziękuję,
-Teraz muszę pobrać mu krew, jakbyś mogła wyjść na chwilę na korytarz.
-Dobrze.
Na korytarzu spotkałam ojca.
-Hej, Niki ty tu jeszcze? Nie poszłaś do domu?
-Nie..yy przespałam się tutaj. Wiesz coś więcej?
-Tylko tyle, że jest lepiej niż wczoraj.
-Tyle to ja też wiem..teraz pobierają mu krew.
-Niki, proszę cię idź do domu, Oskar tam na ciebie czeka..
-Niezupełnie..dzień dobry..
-Oskar? A co ty tu robisz?
-Przyszedłem zabrać cię do domu.
-Ale..
-Żadne ale..wyśpisz się, zjesz porządne śniadanie i wrócisz tu.
-Dobra..ale wejdę tam jeszcze na chwilę.
-Czekam na ciebie 10 minut.
-Dobra..
Weszłam tam a on dalej leżał..usiadłam jeszcze na chwilkę i złapałam go za rękę. Nagle zaczął powoli otwierać oczy.
-Max?
-Niki...gdzie ja jestem...?
-W szpitalu.
-Jak to w szpitalu..przecież ja..
-Max...na szczęście ci się nie udało.
-Jakie szczęście..lepiej jakby się udało.
-Nie mów tak.
-Ty..ty się cieszysz, że ja żyję?
-Jasne, że tak. Słuchaj..jadę teraz do domu, przyjadę później zgoda? Ty się teraz wyśpij.
-Obiecaj, że przyjdziesz.
-Obiecuję, pa
Dałam mu całusa w czoło i poszłam do Oskara.
-No i co u niego ?
-Wybudził się.
-To super. Mówił coś?
-Tak, że żałuje że nie stało się to co się miało stać...
-Dobrze, że żyje. To co jedziemy do domu.
-Dobrze, a przywieziesz mnie tu później?
-Jasne, ale ja dzisiaj chyba będę wyjeżdżał..
-Co? Nie możesz..jesteś mi potrzebny
-Niki, pomyśl logicznie..ty do niego wrócisz a co ja mam tu siedzieć? Tam mam rodzinę i ojca w szpitalu do którego muszę iść.
-Rozumiem..nie będę cię tu trzymać na siłę. Ale wiedz, że i tak cię kocham, zawsze będę.
-Nie tak jak jego prawda?
-Oj no..Oskar wiesz jak jest..
-Wiem...dlatego właśnie chcę wyjechać jak najprędzej.
-Spotkamy się jeszcze?
-Mam nadzieję..
Gdy dojechaliśmy do domu:
-Dzięki za wszystko.
-No to czas się chyba pożegnać.
-Na prawdę musisz wyjechać?
-Muszę do ojca..mam nadzieję, że tu wrócę, że mnie jeszcze coś tu będzie ciągnęło.  Teraz idź pospać ja w tym czasie się spakuję, potem się jeszcze pożegnamy.
-Dobra.
Prawie w ogóle nie spałam...zasnęłam dopiero po 2 godzinach leżenia i spałam do 4. Wstałam i szybko zjadłam przygotowane śniadanie.
-Hej, zjadłaś już?
-Tak, możemy jechać.
-Dobrze, wsiadaj ja muszę spakować jeszcze torby do bagażnika.
Czekałam na niego w aucie, nie było mi łatwo się z nim żegnać..w końcu byliśmy razem, krótko ale razem.
Przez całą drogę milczeliśmy..
-No to jesteśmy, wysiadaj i biegnij tam.
-Muszę się jeszcze pożegnać.
-Może lepiej nie.
-Czy ty mnie nienawidzisz?
-Nie..oczywiście, że cię kocham, ale wiem, że to nie ma sensu.
-Ale ja cię tez kocham i nikt nie powiedział, że wrócę do Max'a
-Przecież to tylko formalność...kochasz go i tyle, on dla ciebie by się zabił, to już prawdziwa miłość.
-Nie wiem czy z nim będę, teraz jestem tu z tobą i musisz mi powiedzieć co czujesz, ja dla ciebie zrobię wszystko.
-Tak, kocham cię, kocham od pierwszego wejrzenia, od wtedy kiedy ukrywałem się w twoim pokoju. I mam teraz taką cholerną ochotę cię pocałować ale ci tego nie zrobię, bo ty kochasz jego a ja to dla ciebie nikt.
-Nie mów tak! Jesteś dla mnie bardzo ważny..bo jesteś wyjątkowy inny niż inni, dziękuję Bogu, że cię poznałam i nawet się cieszę, że wtedy trafiłam do tego szpitala, że wtedy byłeś w tej łazience, że przyszedłeś do mnie do domu i że tak super się dogadaliśmy.
-Muszę już jechać..nie zdążę na samolot.
-Czekaj!
Pocałowałam go... i nie czułam żadnego poczucia winy, żadnego poczucia obowiązku, nic po prostu było mi dobrze przy nim.
-Co ty robisz Niki!
-Kocham cię, to właśnie robię.
-Nie, nie możesz, jego kochasz zrozum. Muszę już jechać.
-Nie odchodź tak, proszę cię!
-Niki, to się nie uda, zrozum, muszę jechać. Trzymaj się.
Odjechał...poczułam pustkę w sercu nie chciałam zostawać bez niego, teraz dopiero zrozumiałam, że go kocham, mimo tego, że Max żył i mogłam go mieć ja nie mogłam. Mimo tego, że przez niego robiłam takie głupstwa to nie miałam żadnego poczucia żeby z nim być, chciałam być  z Oskarem ale bałam się, że jest już za późno...poszłam do szpitala..
-Dzień dobry czy to pani Nicole Simons?
-Tak to ja. O co chodzi?
-Mam dla pani pewną wiadomość...

No to na tyle :D Jak tam święta mijają? Bo u mnie nawet jakoś dobrze, katar mija i siedzę teraz u babci i się opycham żarciem, jutro pewnie z łóżka nie wstanę :P No to jeszcze raz wesołych. Pzdr :****

czwartek, 23 grudnia 2010

Rozdział 33

Usiadłam na schodach i zaczęłam rozpakowywać. W pudle był wielki, pluszowy miś, który na brzuchu miał napis "kocham cię i zawsze będę".  Tulipany-moje ulubione kwiatki, miałam to po mamie..były żółte i czerwone i pięknie pachniały. Nie pewnie sięgnęłam po liścik:
"Jutro twoje urodziny kochana, pragnę złożyć ci wszystkiego najlepszego, tego czego ci brak. Jesteś w moim życiu kimś najważniejszym, i bez ciebie nie mogę wykonywać tego trudnego zawodu jakim jest życie. Dlatego, gdy będziesz czytała ten list mnie już nie będzie..nigdy więcej mnie nie zobaczysz tak jak sobie życzyłaś. Nie było to dla mnie łatwe, przeze mnie dużo wycierpiałaś i dużo straciłaś..wiedziałem, że gdy zobaczyłem cię pierwszy raz nic nas już nie rozdzieli. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie..pojechałem z tobą wtedy do szpitala, gdy znalazłaś mamę, która zemdlała. Teraz już zapewne wiesz kto dał ci tego misia, kwiaty i napisał ten list. Nie ma już z tobą mamy po której tak płakałaś i nie ma już z tobą mnie, ale po mnie nie będziesz płakać bo mnie już nigdy nie zobaczysz. Jest 20:00, o 20:38 odjazd ma najbliższy pociąg, obym się nie spóźnił...Żegnaj na zawsze, mam nadzieję, że tam w górze zamienisz kiedyś ze mną dwa słowa...
Ten którego nie chcesz znać...
Strasznie się wystraszyłam, spojrzałam na zegarek, była 20:10 miałam jeszcze 28minut. pobiegłam szybko do Ros.
-Ros! Musisz mi pomóc!
-Co się stało?!
-Max napisał mi list pożegnalny, za 25 minut przyjeżdża pociąg ma zamiar się zabić.
-Co?! I co teraz zrobisz?
-Muszę jak najszybciej biec na dworzec.
-Przecież to kawał drogi.
-Wiem, ale muszę coś zrobić.
-Niki! Pożyczę ci mój rower.
-Dzięki Dave.
-Muszę jechać trzymajcie kciuki, obym zdążyła...
-Trzymaj się!
Jechałam na prawdę szybko..Była 20:28. Jeszcze 10 minut, a na moje oko w miejscu w którym teraz byłam do dworca było z 20 minut dlatego się sprężyłam i jechałam jeszcze szybciej.
20:35, mnie na miejscu jeszcze nie było, on pewnie był. Strasznie się bałam, nagle zadzwonił telefon, spojrzałam szybko kto dzwoni, był to tata.
-Tato, nie mogę teraz rozmawiać!
-Wiem co się stało, jadę tam autem!
-Tato pośpiesz się, ja nie zdążę.
-Zaraz będę na miejscu ile mam czasu?
-3 minuty.
-Ok, dam radę, zadzwonię pa
-Pa
Nie miałam już siły dalej jechać stanęłam i rozpłakałam się. Zeszłam z roweru, usiadłam pod ścianą i płakałam jak głupia, to przeze mnie chciał to zrobić.
20:39, pociąg już pewnie odjechał. Nagle usłyszałam dźwięk zbliżającego się pociągu. Byłam pewna, że już po. Nagle zadzwonił tata:
-Tato! Co jest?!
-Przykro mi córeczko..
-Tato! Co ty mówisz..
-Przyjechało pogotowie, zabrało go do szpitala, gdzie ty jesteś?
-Gdzieś blisko bo słyszałam nadjeżdżający pociąg.
-Będę cię szukać i pojedziemy do szpitala.
-Dobrze, pośpiesz się.
Czekałam z 10 minut.
-Jesteś w końcu, powiedz, że..że..on żyje.
-Nie mam pojęcia, karetka szybko odjechała bo zrobiło się zbiegowisko.
-To wszystko moja wina! Ale ja byłam głupia!
-Córeczko nie prawda, po prostu cię zdradził i nie mogłaś wybaczyć.
-Tato ale ja go kocham rozumisz?! Kocham i nic nie zrobiłam..i teraz tez nie mogę nic zrobić.
-Jesteśmy na miejscu.
Wbiegłam tam najszybciej jak mogłam.
-Przepraszam, przywieziono tu chłopaka, który wpadł pod pociąg, gdzie go znajdę?
-Kim pani dla niego jest?
-Przyjaciółką.
-Niestety nie mogę udzielić informacji..
-Gówno mnie to obchodzi ja go kocham i ma mi pani powiedzieć gdzie on jest!!
-Operują go. I proszę się uspokoić bo zaraz wezwę ochonę.
Odeszłam od niej jak najszybciej mówiąc pod nosem co za pizda.
Siedziałam pod salą operacyjną ze 3 godziny.
-Córeczko może pojedziemy do domu, wyśpisz się.
-Nie, muszę tu zostać.
-Ja za pół godziny zaczynam dyżur, wszystkiego się dowiem. Muszę iść.
-Dobrze, ja tu będę.
Poszłam kupić sobie sok z automatu, gdy nagle wyszedł lekarz,
-Pani doktorze! Co z nim ?
-Przeszedł bardzo skomplikowaną operację, ma złamaną prawą rękę i liczne obrażenia wewnętrzne.
-Będzie żył?
-Jest w bardzo ciężkim stanie, ma dużo połamanych kości, nie kogę niczego obiecać, pewne jest to, że tu trochę posiedzi, przepraszam muszę iść,
-Tak, oczywiście, a czy mogę go zobaczyć?
-Tak, ale proszę być ostrożnym.
-Dobrze, mój tata zaczął dyżur, później z panem porozmawia.
-Dobrze.
Weszłam po cichu do sali z obawy o jego widok. Stała przy nim pielęgniarka sprawdzająca kroplówkę.
-Proszę, być cicho, on teraz potrzebuje spokoju.
-Dobrze, dziękuję.
Usiadłam przy nim, był cały poobijany, i wyglądał jakby wziął za dużo..
Siedziałam w niego wpatrzona aż przyszedł ojciec.
-No i jak tato?
-Nie będę cię okłamywać, jego stan jest poważny, nic nie jest pewne.
-Rozumiem...nigdy sobie tego nie wybaczę.
-Nie mogłaś przewidzieć, że to zrobi.
-Mimo wszystko powinnam dać mu szansę..
-Muszę ci coś powiedzieć. Na korytarzu siedzi Oskar..przyjechał specjalnie na twoje urodziny.
-Kompletnie o nich zapomniałam. Pójdę do niego.
-Hej.
-Cześć.
Przytuliłam się do niego,
-Co z nim?
-Jest źle, nie wiadomo czy z tego wyjdzie. A jak z ojcem?
-Jest nadal w szpitalu, ale ja musiałem przyjechać..
-Dziękuję ci.
-Ja wszystko zrozumiem, jeśli ty będziesz chciała do niego wrócić. Wiem, że go kochasz najbardziej i nie mam ci za złe.
-Ciebie tez kocham.
-Wiem, ja cię też i przepraszam, za wszystko.
-Nie masz za co, ja to rozumiem. A tak w ogóle to wszystkiego najlepszego.
-Dzięki..
-Masz u prezent.
-Dzięki za pamięć, pojedź może do domu.
-Dobrze, jeśli tego chcesz.
-Masz tu klucze, prześpij się, ja nie wiem kiedy wrócę.
-Dzięki i trzymam kciuki.
-Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie.
-Kocham cię,
-Ale obiecaj, że nie zrobisz takiego czegoś jak on.
-Obiecuję, nigdy nie wybaczył bym sobie każdej sekundy w której nie patrzył bym na ciebie..Do zobaczenia.
-Do zobaczenia.
Wróciłam do sali i zostałam tam już do rana...

Sory, że tak późno ale jakiś katar mam i coś mnie chyba bierze, jutro może dam następny ale wiecie święta  i te przygotowania, więc już teraz życzę wam wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń i wszystkiego co najlepsze no i oczywiście wesołego jajka :D :***

niedziela, 19 grudnia 2010

Rozdział 32

Rano wstałam po 11. Zeszłam na dół coś zjeść. Ubrałam się (szorty, kostium kąpielowy) i poszłam na plażę. Opalałam się trochę, i zadzwonił telefon.
-Hej kotek jak leci?
-Siemka..jakoś leci  a u ciebie ?
-Smutno bez ciebie...
-Kiedy wracasz?
-No właśnie..tego nie wiem, ojciec trafił do szpitala.
-Co się stało?
-Miał zawał. Matka się o niego bardzo boi.
-Pozdrów ją ode mnie.
-Dobrze...a ty na plaży jesteś?
-Taa..
-No to będę kończył. uważaj na siebie. Paaa
-No pa
Wróciłam do domu i zrobiłam obiad.
-Hej tato, już wróciłeś?
-Tak, o robisz obiad? To pójdę zawołam Amandę.
-Spoko..
Po obiedzie poszłam do siebie i zaczęłam przymierzać ciuchy na jutro. Nudziło mi się. Popatrzyłam  na swoje ręce, na te blizny..łzy poleciały mi z oczu, ale szybko je otarłam bo ktoś zapukał do drzwi.
-Hej Ros..yy co ty tu robisz?
-No bardzo mile witasz przyjaciółkę.
-Sory..fajnie, że wpadłaś.
-Ej czy ty płakałaś?
-Nie..
-Przecież widzę, czemu?
-Popatrzyłam na ręce.
-Ehm..jutro twoje urodziny ciesz się.
-Staram się.
-Chodź połazimy po mieście.
-Dobra...
Po 10 minutach.
-Masz ochotę na lody?
-Nie dzięki..
-A na coś masz?
-Nie jestem głodna...napiłabym się tylko wody.
-To chodź do supermarketu.
Chodziłyśmy tak i chodziłyśmy aż zaszłyśmy do skateparku.
-Może będziemy już wracać?
-Dobrze..ale czekaj chwilę muszę pogadać z Davem.
-Dobra
-Niki! Jak ja cie dawno nie widziałem!
-Hej Adam...
-Ja tam u ciebie? Jutro urodzinki.
-Ta..leci a u ciebie?
-Nawet dobrze. Słuchaj, pewnie nie powinienem ci tego mówić, ale..
-Ale..?
-Max ciągle o ciebie pyta.
-Aha...
-Wiem, że nie chcesz o tym gadać...ale on cierpi, chodzi jak struty całymi dniami, nawet już nie jeździ, a jak widzę ty to najszczęśliwszych ludzi nie należysz.
-Oskar wyjechał dlatego..
-Wróci, a teraz się nie smutaj.
-Ta...
-No jestem Niki..hej Adam.
-Hej Ros.
-To my lecimy pa
-Narka
-Co tam u niego?
-Nic nowego...wracamy?
-Spoko..
Wróciłam do domu, a tam na schodach leżało wielkie pudło, bukiet kwiatów i liścik...

Pzdr:*

piątek, 17 grudnia 2010

Rozdział 31

-Co?! Ale jak to?!
-Przepraszam cię, muszę wyjechać.
-Na ile?
-Nie wiem.
-A gdzie?
-Do NY
-Dlaczego?
-Rodzice prosili żebym przyjechał.
-Coś się stało?
-Nie mam pojęcia.
-Jeśli musisz to jedź..
-Wiesz, że nie chcę cię tu zostawiać..ale nie mam wyjścia.
-Ale obiecaj, że będziesz dzwonił.
-Obiecuję, spakuję się.
-O której lecisz?
-Za dwie godziny.
Było mi bardzo smutno,szczególnie, że za 2 dni mam urodziny, ale skoro musi nie będę go zatrzymywać.
-Jestem gotowy,  taksówka zaraz przyjedzie.
-Uważaj na siebie, będę tęsknić.
Pocałowaliśmy się i wsiadł do auta. Ja wróciłam do domu.
-O hej Niki dobrze, że cię jeszcze zastałem. Gdzie Oskar?
-Wyjechał do NY.
-Ale jak to ?
-Tak to, miał coś ważnego do zrobienia.
-A kiedy wróci?
-Nie wiem, idę na plażę pa.
-No papa..
Chodziłam sobie po plaży pełnej ludzi..kupiłam sobie loda i siedziałam na piasku. Zadzwonił telefon.
-Halo?
-Hej Niki, to ja Ros.
-No siem, co tam?
-A spoko..mogłybyśmy się spotkać?
-Jasne, jestem na plaży możesz przyjść.
-Ok, będę za 10 minut.
Po 10 minutach.
-No hej jestem
-Noe siema, co tam?
-Dobrze..gdzie masz Oskara?
-Musiał wyjechać do NY..
-Tak nagle? Czemu?
-Nie mam pojęcia, boje się że to się skończy tak jak z Maxem..
-Na pewno nie.
-Mam nadzieję..to co robimy?
-No myślałam, że pójdziemy kupić dla ciebie jakiś ciuch na tą imprezę w klubie.
-No dobra..ale na tą rodzinną to też nic nie mam zbytnio..
-Spokojnie, kupimy.
-Ok to idziemy.
Ja kupiłam sobie (sukienka na urodziny z rodziną i buty, sukienka na imprezę i buty ), a Ros (sukienka i buty)
-No super nam się udały te zakupy.
-Taa..padam na twarz, wracam do domu.
-No na razie, pa
Gdy wróciłam do domu padłam na łóżko i zasnęłam.

Krótki wiem, ale jutro będzie dłuższy. Pzdr :*

niedziela, 12 grudnia 2010

Rozdział 30

Wstaliśmy jak zwykle koło 10. Zjedliśmy na śniadanie.
-Ej Oskar mógłbyś chwilkę zostać, chciałbym z tobą pomówić.
-Dobrze, proszę pana.
-To ja idę na górę, przyjdź potem.
-No to jesteśmy sami i możemy porozmawiać.
-No dobrze ale o czym?
-Wiesz, że za 3 dni są urodziny Niki?
-Tak wiem.
-Masz pomysł na jakiś prezent?
-Myślałem o czymś z biżuterii.
-Hm..no dobra a nie wiesz co ja mógłbym ja jej kupić?
-Myślę, że jakieś ubrania, ale to najlepiej jakby sama zobaczyła, więc może pieniądze?
-Dobry pomysł. A co z przyjęciem.
-Wpadłem na taki pomysł żeby w przeddzień urządzić z rodziną a w sam dzień urodzin jakaś impreza w klubie czy coś.
-Świetnie, znasz tu jakieś kluby?
-Mój kumpel w jednym pracuje..mogę popytać a przy okazji wstąpię do jubilera coś kupić.
-Dobrze..to mi potem powiesz co załatwiłeś.
-Ok, to idę na górę.
-Hej co chciał mój tata?
-A nic takiego...co robimy dzisiaj?
-Ja muszę iść do tego psychologa.
-Pójdę z tobą, na którą masz?
-Na 12.
-To jeszcze mamy godzinę..to co idziemy na plaże?
-Spoko.
Pływaliśmy sobie, potem poszłam się osuszyć.
-No to chyba pora się zbierać.
Doszliśmy na miejsce
-To ja poczekam tu w poczekalni.
-Dobra.
-Dzień dobry..ja miałam tu przyjść wczoraj, ale coś mi wypadło.
-Dobrze..proszę mi podać swoje imię i nazwisko.
-Nicole Simons.
-A to ty się cięłaś tak?
-Tak..to ja.
-No i jak się czujesz?
-Już lepiej.
-Psychicznie też?
-Tak..jest na prawdę dobrze. Wszystko się zaczęło układać, mam chłopaka, w domu też wszystko gra.
-A jak radzisz sobie z brakiem matki?
-Ciągle o niej myślę, tęsknie ale daję radę..już się pozbierałam.
-Dobrze, że ci się już życie poukładało, myślę, że nie musisz tu więcej przychodzić.
-Dziękuję, do widzenia.
-Do widzenia
-No i jak?
-Nie muszę tu więcej przychodzić.
-No to fajnie. A o co cię pytała?
-O to czy już dobrze w domu, w psychice i takie tam..to co teraz będziemy robić?
-No nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny jak wilk.
-No dobrze, to co zjemy?
-Może pizze?
-Spoko, ja z pieczarkami.
-Ja też.
-To chodźmy.
Potem wróciliśmy do domu. Oglądaliśmy tv i się nudziliśmy.
-Słuchaj ja się umówiłem z kumplem, wrócę za jakieś 2 godziny.
-Dobrze. Pa
U KUMPLA:
-Siema stary, no jestem.
-No elo co to za sprawa?
-Bo moja laka ma urodziny i chciałbym jej tu je wyprawić.
-No spoko ale kiedy?
-Za 3 dni to będzie sobota.
-No spoko, akurat nikt sobie nie życzył w tym dniu to możecie wpadać.
-To o której?
-No standard to 6.
-Spoko, rozliczymy się potem nie?
-Jak dla laski to połowa cany.
-Dzięki, to nara. A i jeszcze jakiś tort czy coś.
-Spoko, ile będzie mieć lat?
-17.
-No to w końcu ją poznam.
-Ta..no to nara.
-Hej kochanie wróciłem
-No siema, jak tam?
-No spoko.
-Tęskniłam.
-Ja też. To co teraz?
-Może coś zjesz? Bo my już pojedliśmy.
-Nie jakoś nie jestem głodny..
-A no spoko.. ja idę się położyć paa.
-No pa do jutra.
Za jakąś godzinę  zadzwonił dzwonek do drzwi. Oskar otworzył.
-Siema, możemy pogadać?
-Co ty tu robisz Max? Jakby cię Niki zobaczyła...
-Spoko ja na minutę, nie zobaczy.
-No po co przyszedłeś?
-Chciałem spytać co u niej.
-W porządku, była dzisiaj u psychologa.
-Dzięki, że mi powiedziałeś.
-Spoko, ale chyba będzie lepiej jak tu więcej nie będziesz przychodził. 
-Jasne rozumiem. To pa
-Nara..

No to tyle. Pzdr :*

sobota, 11 grudnia 2010

Rozdział 29

Obudziłam się u mnie w pokoju, wszyscy przy mnie siedzieli.
-Ccooo.. się stało?
-Zemdlałaś.
-Okropnie się czuję.
-Odpocznij teraz, później porozmawiamy.
-Nie, teraz. Na prawdę chce pan oddać syna  mojemu ojcu?
-Długo nad tym myślałem..
-Możemy porozmawiać w cztery oczy?
-Dobrze..
-Niech się pan nie zgadza, błagam.
-Ciężko mi było podjąć tą decyzję.
-Straci pan go na zawsze,
-Wiem, że się rozstaliście i teraz takie coś..
-Tylko pan może mi pomóc, niech pan spróbuje być znowu z jego matką.
-Dla nas nie ma już szans.
-Musi pan spróbować, proszę.
-Co do pierwszej sprawy to zgadzam się, masz rację nie mogę go stracić, a co do ślubu to nie mogę nic zrobić.
-Niech pan sprawi żeby znowu pana pokochała.
-Będę robił co w mojej mocy, wiem jak bardzo cierpiałaś przez mojego syna i postaram się zrobić to co w mojej mocy.
-Dziękuję, może zejdziemy na dół?
-Dobrze..
-Niki jak się czujesz?
-Już lepiej.
-To my może pójdziemy na dwór, wy pogadajcie sobie.
-Dzięki Max.
-Nie ma za co..to ja już pójdę cześć.
-Pa.
-I co? Zgodził się?
-Ta..nie odda go mojemu tacie a co do ślubu to też postara się coś zrobić. Powiedział, że jego syn za dużo krzywd mi wyrządził i zrobi co w jego mocy żeby mi pomóc.
-To dobrze. To co wracamy do domu?
-Nie..może za jakąś godzinę niech sobie porozmawiają.
-Nicole, Oskar chodźcie do domu.
-Co się stało? Gdzie wszyscy poszli ?
-Sytuacja się zmieniła. Nie bierzemy ślubu, a Max nie zostanie moim synem.
Miałam ochotę skakać z radości, ale nie mogło się to wydać, że to przeze mnie się to stało.
-Przykro mi...pójdziemy do mnie.
-Cieszysz się nie?
-Jak cholera, teraz wszystko jest już w normie.
Pocałowaliśmy się. Zeszliśmy na dół sprawdzić czy nie zostało coś z obiadu.
-No prawie wszystko zostało, nie zjedli za dużo. To co zjemy?
-Jasne.
-To odgrzeję.
Potem oglądaliśmy tv.
-Ej siostra jest coś do jedzenia?
-Ta..na piecu.
-Ok.
Przez resztę wieczoru już  nic ciekawego się nie wydarzyło...

Krótki, bo jakoś nie mam weny. Pzdr:*