Powered By Blogger

piątek, 31 grudnia 2010

Rozdział 40

Rano obudziłam się na kanapie. Siedział przy mnie tata, kompletnie nie miałam pojęcia co się stało. Popatrzałam tylko na rzucające się w oczy bandaże i już wszystko wiedziałam.
-Niki! Co się stało?
Tata miał taki głos jakby stało się coś strasznego.
-Tato...nic
-Jak to nic! A to to co jest?!
-To co widzisz. Max znowu to zrobił a ja nie daje rady i tyle.
-Ni możesz tego ciągle robić! Trafisz do szpitala albo co najgorsze umrzesz!
-I dobrze. Przynajmniej nie będę cierpieć.
-Jak możesz tak mówić. Masz rodzinę, przyjaciół a jak nie ten to inny, jest Oskar. Jego przecież też kochasz.
-Tato! Ty nic nie rozumiesz! On się dla mnie chciał zabić to teraz ja zabiję się dla niego.
-Przestań!
-Tato, nie już tego dość.
-A co z wyjazdem nad morze?
-Po co mi to? Na plażę z bandażami? To chyba nie najlepszy pomysł, uwierz.
-Nie mogę cię stracić, rozumiesz?! Mamę już straciłem ciebie nie mogę. Idę teraz kupić nowe bandaże i wodę utlenioną. A ty nic nie rób.
Tata wyszedł ja wzięłam butelkę wina i całą wypiłam, chociaż była cholernie nie dobra. Gdy tata wrócił byłam pijana. Może to dziwne, że po jednej butelce, ale nie miałam mocnej głowy do alkoholu.
-Niki Nie wiem co mam już z tobą zrobić!
-Nic nie rób, tylko przynieś żyletkę i jeszcze jedną butelkę wina ale jakieś słodsze.
-Przestań!
-Idę się przejść.
-W takim stanie?
-I co z tego.
Wyszłam z domu i chodziłam tam nawet nie wiem ile, nagle się przewróciłam. Obudziłam się dopiero rano, byłam w jakimś pokoju.
-Gdzie ja jestem?!
-Hej, spokojnie tu Ros.
-Eh..to dobrze, mam dość ojca.
-Niki! Ty jesteś pijana.
-Nie, już nie teraz mam kaca..
-Masz tu wypij to .
-Fujj..
-Pij, pomoże ci.
-Wracam do domu.
-Najpierw mi powiesz co się stało.
-Nic..
-No nic, pocięłaś sie i upiłaś bez powodu nie?
-Spotkałam się z Max'em, jak się całowaliśmy to przyszła jakaś laska, i powiedziała, że ma już do niej nie przychodzić i że już nigdy nie będzie z nim spała..
-Spała?!
-No tak..dobra idę do chaty. Pa
-No dobra pa
W domu na schodach...

no krotki bo jakoś tak no nie wiem no jutro może dam ale nie wiem.Pzdr :*

czwartek, 30 grudnia 2010

Rozdział 39

Rano wstałam koło 11. Sięgnęłam po telefon, a tam było 10 nieodebranych  połączeń o Max'a i 5 od Ros. Najpierw oddzwoniłam  do Ros.
-No hej, co ty tak wydzwaniasz?
-Nareszcie, chciałam pogadać, ale to nie na telefon.
-No dobra to za godzinę w parku?
-Spoko
Po rozmowie z Ros oddzwoniłam do Max'a
-Hej sory, dopiero teraz się obudziłam.
-Martwiłem się o ciebie. Spotkamy się?
-Dobra, ale popołudniu bo teraz idę się spotkać z Ros.
-Dobra to o 15 przyjdę po ciebie, połazimy po mieście.
-Ok, pa
Wstałam i poszłam się ogarnąć. Ubrałam spodenki, bluzkę, trampki, z włosów zrobiłam dwa warkoczyki i zeszłam na dół.
-Hej tato. Jak tam ?
-No dobrze.
-Zjem coś i idę spotkać się z Ros.
-Aha, a mogę cię o coś spytać?
-No jasne.
-Co z tobą i Max'em?
-W sumie to nie wiem, dzisiaj się z nim spotykam.
-Eh przepraszam że tak późno ale masz tu prezent na urodziny.
-Tato, nie musiałeś dzięki.
-Nie ma za co. Mam nadzieję, że się spodobają.
Szybko otwarłam pudełko i zobaczyłam super buty.
-Jej dzięki tato są super
-Cieszę się, że ci się podobają.
-Dobra, to ja teraz lecę. Pa..
Doszłam na miejsce:
-Hej, no co to za ważna sprawa?
-No siem, bo ten..jest taka propozycja żebyśmy wyjechali na wakacje na tydzień, ty ja Dave no i oczywiście Max.
-Ale my nie jesteśmy parą..
-Do czasu Niki.. Wiem, że mamy tu morze, ale to była by daleka podróż nad Ocean Spokojny do Sam Francisco. Co ty na to ?
-No bardzo fajny pomysł, ale..
-Ale?
-Ja nie jestem z Max'em i by to dziwnie wyglądało..
-Wszystko się dzisiaj okaże i wyjdzie na to, że pojedzie zobaczysz.
-Chciałabym..dobra będę lecieć, to narka
-Pa
Wróciłam do domu, zjadłam obiad z rodzinką i poszłam ogarnąć się na wyjście.
Była 14.50 ja wyszłam przed dom, czekałam już na niego.
-Hej, ładnie wyglądasz.
-Hej..dzięki.
-Przejdziemy się?
-Jasne. To o czym chciałeś rozmawiać?
-O nas..
-Tzn?
-Myślisz, że by nam się udało? Już tak na serio, bez żadnych przeszkód.
-Nie wiem  co do mnie czujesz.
-Kocham cię.
-Ja cię też..a ten pocałunek wtedy w domu..był jak jakaś ścierka, zmyła wszystkie złe wspomnienia i zostawiła nowe, czyste, bez problemów. Wiesz, Ros dała taką propozycję wyjazdu do San Francisco z Dave, mną no i tobą jeśli będziesz chciał.
-Nie no jasne, ale muszę zapytać o Oskara.
-Wyjechał, powiedział że jak chcę być z tobą to będzie ok. Jest teraz w NY.
-A ty? Co do niego czujesz?
-W pewnym sensie go kocham, wiesz  końcu byliśmy parą.
-Czyli co?
-Nigdy bym go nie skrzywdziła, tak bardzo mi pomógł, ale wie że nie czuję do niego tego co do ciebie.
-Pójdziemy gdzieś usiąść?
-Spoko..
-Powiedz mi..czy ty się boisz tego związku?
-Trochę tak..wiesz dużo się już zdarzyło.
-Myślisz, że możesz dać mi szansę?
-Myślę, że tak..
Pocałowaliśmy się i nagle jakaś laska zaczęła krzyczeć:
-Max! Co ty do cholery wyprawiasz?! Całujesz się tu z jakąś zdzirą a ze mną to co tylko na noce się chodzi? Nie wiedziałam że jesteś takim debilem! Więcej do mnie nie przychodź!
Wstałam i zaczęłam iść w stronę domu bez słowa wyjaśnienia.
-Niki! Czekaj1 Wytłumaczę ci.
-No słucham proszę, co tym razem wymyślisz? A może okażesz się bohaterem i powiesz co to była za laska?
-Moja była.
-Taaa bardzo ciekawe a dopiero teraz z tobą zerwała.
-Powiedziałem jej, że nie chcę z nią być, ale znowu się wpieprza w moje życie.
-Wiesz co? Nie, to koniec już więcej nie będę próbowała, wiesz jak mi było ciężko odbudować zaufanie do ciebie?
-Skąd miałem wiedzieć, że ona wróci.
-Jak się  z takimi chodzi to się to przewiduje.
-No a teraz co? Polecisz do Oskarka co? Teraz kiedy może nam się udać?!
-Udać?1 Ty chyba nie wiesz co mówisz, jak ma nam się udać jak takie rzeczy się dzieją! I co jeszcze ty z nią spałeś!
-Nie spałem z nią! Nie jestem taki głupi! Z żadną bym tego nie zrobił tylko z tobą jakbyś chciała! Co ty myślisz, że jestem puszczalski?! To się mylisz!
-Wiesz co myślę, że ta rozmowa nie ma sensu, nara
-No ja teraz już też myślę że to nie ma sensu, ale nie rozmowa, nasz związek. Bądź sobie z tym Oskarem, może ci będzie lepiej, nara.
-No na pewno lepiej niż z tobą, żegnam.
Wróciłam do domu, byłam sama i znów to zrobiłam...

No taki sb  bo sie wkurwiłam na jednego gościa..xdPzdr:*
'tyk zegar tyka gra muzyka szampan się leje a ja się śmieję'
wymyślone przy koledze haha :P
i szalonej zabawy w Sylwestra:P

środa, 29 grudnia 2010

Rozdział 38

Rano wstałam wcześnie, bo nie mogłam spać. Weszłam do kuchni. Co ja mówię jakiej kuchni, do jakiejś rudery.
-Córeczko, wstałaś już..
-Tak..
-Ja mam urlop na tydzień. Mam nadzieję, że uda nam się to naproawić.
-No ja też..ubiorę się i pójdę na chwilę do Ros. Potem przyjdę to pojedziemy po materiały ok?
-Dobrze, trzymaj się.
Ubrałam zestaw i poszłam do Ros.
-Hej, no jesteś w końcu. Jak tam się trzymiesz?
-No jakoś...słuchaj mam do ciebie proźbę.
-Mogłabyś odwiedzić dzisiaj Max'a i powiedzieć mu, że w najbliższym czasie nie będę mogła go odwiedzić?
-Jasne, pójdę tam jeszcze dziś.
-Dzięki..to ja się będę zbierać. Wiesz musimy z ojcem jechać po materiały na odbudowę.
-To super. To ja pójdę teraz do Max'a a potem od razu do ciebie i pomogę ci przy tym wszystkim.
-Serio nie musisz..
-Ale chcę, jak  przyjedziecie to daj mi znać.
-No ok, to pa
-No pa
Z ojcem pojechaliśmy do sklepu. Kupiliśmy kafelki i farbę i rzeczy potrzebne do odbudowy ściany
-To na razie wystarczy. Po meble przyjedziemy jak już uporamy się z  odmalowaniem
-Dobrze, Ros chciała nam pomóc to zadzwonię do niej.
-No hej Ros, przyjechaliśmy już.
-Dobra, zaraz będę.
Zadzwonił dzwonek.
-No hej jestem już.
-No hej i jak tam w szpitalu?
-No wszystko ok..wybudził się już z operacji.
-To jednak ją miał?
-Tak wczoraj w nocy. Wszystko poszło dobrze.
-No to fajnie, postaram się jutro go odwiedzić. A teraz muszę się za to brać.
-Dzień dobry pani Simons!
-No hej Ros, dziękujemy za pomoc. A i Niki, zamówiłem ekipę, która pomoże odbudować tą ścianę, bo sam to jednak nie dam rady. Będą za godzinę
-Nie ma za co.
-Ok tato, chyba przyjechali.
W ekipie było 3 facetów i 2 dziewczyny.
-Dzień dobry, to zabieramy się za robotę.
-Dobrze to ja pomogę, Niki idźcie na razie do pokoju zawołam jak coś.
-Dobrze.
Odbudowa ściany zajęła z jakieś 3 godziny, później wszyscy zabraliśmy się za malowanie i kładzenie kafelek.
-Hej ty jesteś Niki? Ja Alex, czyli Alexandra.
-No hej miło mi, dzięki że tu pomagacie.
-Nie ma za co, to nasza praca.
-No tak.
Polubiłyśmy się z Alex, była bardzo miła i miałyśmy wspólne tematy mimo pracy którą wykonywałyśmy. Wymieniłyśmy się numerami telefonu i ekipa po skończeniu pracy wyjechała.
-Jutro Niki pojedziemy wybrać meble i sprzęty.
-Dobrze, teraz to pójdę się chyba położyć.
-No ok, to ja już będę leciała pa Niki, Do widzenia panu.
-Paa.
Rano wstałam koło 9, ubrałam się w zestaw i pojechaliśmy po meble, kuchnia
Postanowiliśmy, że poustawiamy je jutro i kupimy jeszcze farbę i przemalujemy salon.
Wybraliśmy taki kolor. Gdy wracaliśmy ze sklepu wstąpiliśmy na obiad, bo u nas jeszcze nie można było nic ugotować. Później wróciliśmy do domu i zabraliśmy się za malowanie, nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam je a tam stał Max. Nie mogłam uwierzyć. Pędzel wypadł mi z ręki.
-Co ty tu robisz?
-Słyszałem, że masz malowanie i postanowiłem pomóc.
-Przecież ty jesteś po operacji.
-No tak, ale czuję się dobrze. To jak mogę pomóc?
-No dobrze.
-To ja Niki idę po Amandę a wy tu sobie malujcie.
-Yy..ok.
Malowaliśmy tak  z pół godziny i potem zaczęliśmy się chlapać farbą. Max zrobił czapki z papieru i włożył mi na głowę po czym przyciągnął do siebie i mocno pocałował.
-Myślisz, że my..
-Myślę, że tak.
Zaczęliśmy się całować gdy nagle wszedł tata z Amandą.
-No! Wiedziałam Niki w końcu ile można czekać..
-Idź lepiej do siebie..
My zabraliśmy się nadal za malowanie. Później ustawiliśmy meble i wszystko było już ok. Poszliśmy z Max'em na górę.
-Dzięki za pomoc.
-Nie ma za co. Ja będę już leciał.
-Cieszę się, że wróciłeś do zdrowia. I obwiniam sobie za to, że w ogóle się znalazłeś w szpitalu.
-Nie, to nie dlatego...dobra muszę już iść.
Dostałam buziaka i wyszedł a ja poszłam spać....

No to tak :D na "wycieczce" było fajnie a rozdział dla..WSZYSTKICH :D mam nadzieję, że się podobał xD i Dobranoc :*

wtorek, 28 grudnia 2010

Rozdział 37

W oddali było widać jego ojca, był cały nachlany, a już miałam nadzieję...
Anna poszła do niego i od razu zaczęła się kłótnia. Zostawiłam ich i poszłam do Max'a. Nie mogłam z nim nawet porozmawiać a tak bardzo tego chciałam. Padałam już z nóg. Nie mogłam na nich ustać. Zobaczyłam nagle Adama.
-Hej Niki..Widzę, że już ledwo na nogach stoisz.
-Ta...
-Pójdę na chwilę do Max'a potem cię odprowadzę co ty na to ?
-Eh..no dobrze..
-Co mówią lekarze?
-Że operacja jest ryzykowna, ale konieczna. Ja nie wiem co ja zrobię jak on...
-Nawet tak nie myśl..
-Chyba pójdę już do domu.
-Dobra, to chodź.
Wstąpiliśmy na lody..a później pożegnaliśmy się i poszłam do siebie. Spałam jakieś 4 godziny, obudziła mnie Amanda.
-Co jest?! Oszalałaś?!
-Chodź szybko na dół!
-Nie! Ja tu śpię, nie widać?!
-Niki! Tam się pali..
-Co?!
Zbiegłam na dół po uprzednim upadku i rozbiciu ręki. Zobaczyłam płonącą ścierkę obok kuchenki. Szybko podbiegłam i próbowałam ugasić to wodą, na nic, pożar się jeszcze bardziej rozprzestrzeniał.
-Amanda! Dzwoń do taty, ja spróbuję to ugasić.
Trochę udało mi się ugasić. W między czasie dzwoniłam na straż pożarną. Nikt nie odbierał. W tym czasie do domu wbiegł ojciec.
-Co się tu dzieje? Niki!
-Tato pomóż mi do cholery a nie szukaj winnych!
-Zadzwonię na straż pożarną.
-Tam nikt nie odbiera! Szybko idź do łazienki nalej wody do tego wiadra! Pośpiesz się do cholery!
W końcu po kilkudziesięciu próbach dodzwonienia się do straży ktoś odebrał.
-Halo..pożar ulicaAndersona18. Szybko!
-Zaraz będziemy.
Ta zaraz..przyjechali po 20 minutach, a ogień był coraz większy.
-Proszę się odsunąć.
Strażacy walczyli z ogniem a nam kazali wyjść na zewnątrz. Patrzeliśmy jak nasz dom płonie. Myśleliśmy, że już nie dadzą rady, jednak po 3 godzinach gaszenia pożar został ugaszony. Dom był w kompletnej ruinie. Cała kuchnia spłonęła, wszystko do wymiany. Byliśmy zszokowani tym wszystkim. Jak w ogóle doszło do pożaru? Przecież ja spałam  a Amanda  też..dopuszczałam nawet do siebie myśli, że ktoś mógł się włamać do domu i podpalić...już się wszystkiego mogłam spodziewać po tym co się zdarzyło. Cały wieczór sprzątaliśmy resztki kuchni. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień..padłam na łóżko i zasnęłam..


No troszkę krótszy, ale dałam tyle żebyście już mogli poczytać i tak rozdzieliłam na 2 części, jutro dodam pewno popołudniu albo wieczorem bo rano mam wychodne xd. Pzdr :*
a i dedyk dla Kaśki mam nadzieję, że jutro bd fajnie :P

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Rozdział 36

-O czym pani chce ich zawiadomić?
-Jednak twój szpik nie może zostać mu przekazany, myśleliśmy, że ktoś z jego rodziny może dać, ale nie ma żadnego kontaktu..
-Ja..mogę pójść do jego mieszkania, może zastanę tam kogoś.
-Dobrze, tylko proszę na siebie uważać. Na pewno nic już cię nie boli?
-Nie, wszystko jest ok. Wrócę za jakąś godzinę.
Ubrałam się w jakieś normalne ciuchy i poszłam do jego domu. Bałam się trochę tej okolicy, chodzili tam sami pijacy i nie raz przyjeżdżała tam policja, ale wiedziałam, że musiałam to zrobić. Zawiodłam się gdy mój szpik nie mógłbyć użyty to musiałam zrobić coś innego. 
Weszłam nie pewnie przez otwarte drzwi..w domu śmierdziało alkoholem i było ciemno od dymu papierosów, nagle z tego badziewia zobaczyłam kobietę leżącą na kanapie.
-Dzdzzzień dobry...
-Czego chcesz?!
-Jestem znajomą Max'a..on jest w szpitalu i potrzebny jest dla niego szpik. Lekarze kazali państwa odszukać. Musicie mu pomóc.
-Nic nie musimy, spierdalaj stąd bo wezwę policję!
-Nie drzyj się na dziewczynę! Ja pójdę z tobą, w końcu jestem jego matką.
-Dobrze, dziękuję. Ja już oddałam, niestety nie mogli go użyć.
-Mam nadzieję, że mój będzie szło.
-Jest tylko pewien problem..czy pani też pije?
-Nie..ja nie piję.
-To dobrze, to idziemy?
-Tak. A ty jełopie siedź tu i patrz jak nasz syn umiera tam.
-Zamknij za sobą drzwi i kup dwa browce!
-Pomarzyć to ty sobie możesz! Ruszyłbyś dupsko z fotela a nie tylko chlejesz to piwsko a my mamy syna w szpitalu! Idizemy!
-Dziękuję, że pani poszła. Jestem Niki.
-Tak wiem, byłaś z Max'em. Ja jestem Anna.
-Miło mi. Kocha pani swojego syna?
-Oczywiście, tylko przez męża...on nie pozwolił iść mi do szpitala..
-Przykro mi, nie myślała pani o rozwodzie? Bo jak sądzę to pani go nie kocha..
-Tak myślałam..ale kto mi da rozwód, on się nie zgadza, pieniędzy na adwokata nie mam.
-Może da się coś zrobić, ale teraz chodźmy do szpitala.
Pani Anna zrobiła badania i czekałyśmy na wyniki.
-Tak, może pani oddać. Tym razem powinien pasować, w końcu to rodzina.
-Dobrze, co mam teraz zrobić?
-Zaprowadzę panią na zabieg, później zostanie pani dobę na obserwacji.
-Dobrze.
-Pani Anno! Będę trzymać kciuki.
-Dziękuję.
Po zabiegu lekarze ponownie mieli spotkanie, a ja poszłam do pani Anny.
-Jak się pani czuje?
-Trochę osłabiona, ale było warto. Mam nadzieję, że potem zobaczę Maxa.
-Na pewno. Teraz pójdę porozmawiać z lekarzem.
-Dobrze.
-Pani doktorze i co?
-Podjęliśmy decyzję o operacji, jednak nie będzie łatwo.
-Dobrze, dziękuję.
-To ja dziękuję, sprowadziłaś dawcę.
-To jego matka..o ojcu wolę nie mówić.
-Pije?
-Mało powiedziane..radziłam jej żeby się rozwiodła..zobaczymy, jeszcze raz dziękuję, do widzenia.
-Do widzenia.
-Niki, czy możemy iść teraz do Max'a?
-Dobrze
Szłyśmy do niego i nagle zobaczyłyśmy coś czego żadna z nas się nie spodziewała...

Ha dodałam drugi jupiii dzięki za komenty a tego dedykuje Natalii :)

Rozdział 35

-O co chodzi? Coś się stało?
-Max..
-Co z nim?!
-Musi mieć zrobiony przeszczep szpiku.
-Czy ja mogę się przebadać?
-Nie powinnaś...ale, z drugiej strony szpik młodych osób jest najlepszy. Proszę się zgłosić do laboratorium, piętro niżej.
-Dobrze, dziękuję.
Zrobiłam badanie i czekałam na wyniki.
-Pani Nicole Simons?
-Tak. I co ?
-Możesz oddać szpik, proszę za mną. Musisz podpisać zgodę na zabieg.
Podpisałam, bałam się tej operacji, ale robię to przecież dla niego. Zaprowadzono mnie do sali, przebrałam się i położyłam. Dali mi znieczulenie, od tamtej chwili czułam się jakby minęła wieczność.
Obudził mnie ojciec.
-Niki, Niki!
-Co jest...?
-Co ty zrobiłaś? Nawet ze mną nie porozmawiałaś...
-To dla niego...
-Nie możesz się tak poświęcać.
-Jak się kogoś kocha to się robi takie rzeczy.
-Nie wiadomo nawet czy on przeżyje operację.
-Przecież już się wybudził..
-Ponownie zapadł w śpiączkę, jego system odpornościowy jest bardzo osłabiony dlatego ten przeszczep.
-Nie ważne dlaczego ważne, że mogę pomóc.
-Teraz musimy czekać.
"Musimy czekać" dwa słowa które burzyły wszystko, nienawidziłam ich, słyszałam je gdy byłam przy mamie i słyszę je teraz kiedy ja tu jestem.. Przez to wszystko nie odbyły się zaplanowane urodziny..nie włożyłam sukienki którą wybrałyśmy razem z Ros..wszystko się spieprzyło. Dlaczego on mi to zrobił? Tylko na to pytanie chciałam znać odpowiedź. Przyszła do mnie pielęgniarka z kolacją, nie miałam siły jeść...w końcu zasnęłam. Nazajutrz obudziłam się po 7. Był przy mnie ojciec.
-Wiadomo już coś?
-Lekarze boją się przeprowadzić operację w jego stanie, ale jest ona konieczna. Bo jak do paru tygodni nie zostanie zrobiony przeszczep umrze..
-Musze iść porozmawiać z lekarzami.
-Ty teraz musisz leżeć.
-Czuje się już dobrze. Muszę tylko wstać...
Powoli wstałam i poszłam do lekarzy,
-Dzień dobry..co z Maxem..kiedy operacja?
-Właśnie idę na spotkanie, wszystkiego się dowiem.
-Dziękuję.
-Poszłam do pokoju..położyłam się i zaczęłam myśleć...zapomniałam, że Oskar dał mi prezent na urodziny. Miałam go gdzieś na dnie w torebce, zaczęłam szukać. Pudełko trochę się pogniotło.  W środku był pierścionek. Był przepiękny..jak mogłam pozwolić muz wyjechać? Musiałam do niego zadzwonić, nie odbierał..
TYMCZASEM U OSKARA
Dzisiaj jakaś ważna kolacja..cholernie nie chce mi się tam iść, mama każe..i jeszcze mam iść z ta córką Dobsonów..nie dość, że brzydka to bez mózgu..Jak można nie wiedzieć że kangury żyją w Australii... no nic idę włożyć ten garnitur..ciekawe czy Niki podobał się pierścionek..co ona teraz robi..na pewno siedzi u Maxa..chętnie bym tam był.
-Oskar, jesteś gotowy zaraz będzie tu Mariah.
-Ta, jasne..
-No hej Oski, jak tam mój misiaczek ?
-Daruj sobie co?
-Nie bądź taki, pamiętasz jeszcze jak masz zachowywać się przy stole?
-Na pewno nie tak jak ty..powiedziałem pod nosem.
-Co tam mruczysz?
-Nic! Idziemy w końcu? Chce mieć to już za sobą.
-To będzie najlepszy wieczór w twoim życiu  misiu.
-Chyba najgorszy..
Co za laska, wpieprza się do mnie i do tego wygląda jak jakaś dziwka sukienka.
Cały wieczór do dupy.
U NIKI
Nie wiem co będzie z Maxem..Nie mam już sił, chce już stąd wyjść...
-Niki, lekarz zaraz do ciebie przyjdzie.
-I co  z Maxem?
-Ma może pani kontakt z jego rodzicami?
-Y..nie nie mam.
-Musimy ich zawiadomić.
-Chwila, ale o czym?


No taki długaśny troszku, pisany w zeszycie w aucie ;] a reszta w chałupie ^^ jutro być może następny. A jak tam święta? U mnie jakoś takoś. Pzdr :*

sobota, 25 grudnia 2010

Rozdział 34

Rano obudziło mnie jakieś szturchanie. Otworzyłam oczy i okazało się, że to pielęgniarka.
-Nicole, idź do domu prześpij się
-Em.nie zostanę tu..chyba..Co z nim?
-Nie wybudził się jeszcze.
-Stan się poprawił?
-Jest stabilniejszy niż wczoraj..jak to mówią najważniejsza jest doba po operacji, to już za nami.
-Dziękuję,
-Teraz muszę pobrać mu krew, jakbyś mogła wyjść na chwilę na korytarz.
-Dobrze.
Na korytarzu spotkałam ojca.
-Hej, Niki ty tu jeszcze? Nie poszłaś do domu?
-Nie..yy przespałam się tutaj. Wiesz coś więcej?
-Tylko tyle, że jest lepiej niż wczoraj.
-Tyle to ja też wiem..teraz pobierają mu krew.
-Niki, proszę cię idź do domu, Oskar tam na ciebie czeka..
-Niezupełnie..dzień dobry..
-Oskar? A co ty tu robisz?
-Przyszedłem zabrać cię do domu.
-Ale..
-Żadne ale..wyśpisz się, zjesz porządne śniadanie i wrócisz tu.
-Dobra..ale wejdę tam jeszcze na chwilę.
-Czekam na ciebie 10 minut.
-Dobra..
Weszłam tam a on dalej leżał..usiadłam jeszcze na chwilkę i złapałam go za rękę. Nagle zaczął powoli otwierać oczy.
-Max?
-Niki...gdzie ja jestem...?
-W szpitalu.
-Jak to w szpitalu..przecież ja..
-Max...na szczęście ci się nie udało.
-Jakie szczęście..lepiej jakby się udało.
-Nie mów tak.
-Ty..ty się cieszysz, że ja żyję?
-Jasne, że tak. Słuchaj..jadę teraz do domu, przyjadę później zgoda? Ty się teraz wyśpij.
-Obiecaj, że przyjdziesz.
-Obiecuję, pa
Dałam mu całusa w czoło i poszłam do Oskara.
-No i co u niego ?
-Wybudził się.
-To super. Mówił coś?
-Tak, że żałuje że nie stało się to co się miało stać...
-Dobrze, że żyje. To co jedziemy do domu.
-Dobrze, a przywieziesz mnie tu później?
-Jasne, ale ja dzisiaj chyba będę wyjeżdżał..
-Co? Nie możesz..jesteś mi potrzebny
-Niki, pomyśl logicznie..ty do niego wrócisz a co ja mam tu siedzieć? Tam mam rodzinę i ojca w szpitalu do którego muszę iść.
-Rozumiem..nie będę cię tu trzymać na siłę. Ale wiedz, że i tak cię kocham, zawsze będę.
-Nie tak jak jego prawda?
-Oj no..Oskar wiesz jak jest..
-Wiem...dlatego właśnie chcę wyjechać jak najprędzej.
-Spotkamy się jeszcze?
-Mam nadzieję..
Gdy dojechaliśmy do domu:
-Dzięki za wszystko.
-No to czas się chyba pożegnać.
-Na prawdę musisz wyjechać?
-Muszę do ojca..mam nadzieję, że tu wrócę, że mnie jeszcze coś tu będzie ciągnęło.  Teraz idź pospać ja w tym czasie się spakuję, potem się jeszcze pożegnamy.
-Dobra.
Prawie w ogóle nie spałam...zasnęłam dopiero po 2 godzinach leżenia i spałam do 4. Wstałam i szybko zjadłam przygotowane śniadanie.
-Hej, zjadłaś już?
-Tak, możemy jechać.
-Dobrze, wsiadaj ja muszę spakować jeszcze torby do bagażnika.
Czekałam na niego w aucie, nie było mi łatwo się z nim żegnać..w końcu byliśmy razem, krótko ale razem.
Przez całą drogę milczeliśmy..
-No to jesteśmy, wysiadaj i biegnij tam.
-Muszę się jeszcze pożegnać.
-Może lepiej nie.
-Czy ty mnie nienawidzisz?
-Nie..oczywiście, że cię kocham, ale wiem, że to nie ma sensu.
-Ale ja cię tez kocham i nikt nie powiedział, że wrócę do Max'a
-Przecież to tylko formalność...kochasz go i tyle, on dla ciebie by się zabił, to już prawdziwa miłość.
-Nie wiem czy z nim będę, teraz jestem tu z tobą i musisz mi powiedzieć co czujesz, ja dla ciebie zrobię wszystko.
-Tak, kocham cię, kocham od pierwszego wejrzenia, od wtedy kiedy ukrywałem się w twoim pokoju. I mam teraz taką cholerną ochotę cię pocałować ale ci tego nie zrobię, bo ty kochasz jego a ja to dla ciebie nikt.
-Nie mów tak! Jesteś dla mnie bardzo ważny..bo jesteś wyjątkowy inny niż inni, dziękuję Bogu, że cię poznałam i nawet się cieszę, że wtedy trafiłam do tego szpitala, że wtedy byłeś w tej łazience, że przyszedłeś do mnie do domu i że tak super się dogadaliśmy.
-Muszę już jechać..nie zdążę na samolot.
-Czekaj!
Pocałowałam go... i nie czułam żadnego poczucia winy, żadnego poczucia obowiązku, nic po prostu było mi dobrze przy nim.
-Co ty robisz Niki!
-Kocham cię, to właśnie robię.
-Nie, nie możesz, jego kochasz zrozum. Muszę już jechać.
-Nie odchodź tak, proszę cię!
-Niki, to się nie uda, zrozum, muszę jechać. Trzymaj się.
Odjechał...poczułam pustkę w sercu nie chciałam zostawać bez niego, teraz dopiero zrozumiałam, że go kocham, mimo tego, że Max żył i mogłam go mieć ja nie mogłam. Mimo tego, że przez niego robiłam takie głupstwa to nie miałam żadnego poczucia żeby z nim być, chciałam być  z Oskarem ale bałam się, że jest już za późno...poszłam do szpitala..
-Dzień dobry czy to pani Nicole Simons?
-Tak to ja. O co chodzi?
-Mam dla pani pewną wiadomość...

No to na tyle :D Jak tam święta mijają? Bo u mnie nawet jakoś dobrze, katar mija i siedzę teraz u babci i się opycham żarciem, jutro pewnie z łóżka nie wstanę :P No to jeszcze raz wesołych. Pzdr :****